International Indian Rally, Dania 2025

autor Ryszard Brodziak

Pomysł wyjazdu na International Indian Motorcycle Rally do Danii pojawił się w momencie, gdy moja noga zaczęła wracać do sprawności, a motocykl był w stanie nadającym się do jazdy. Wtedy narodziła się decyzja o realizacji wyprawy. Żaden z kolegów klubowych nie planował pokonać całej trasy na kołach, więc wyjazd przypadł w udziale dwóm moim znajomym – jednemu nowemu, drugiemu starszemu, choć nigdy wcześniej z nimi nie jeździłem.

Pierwszy etap prowadził do Zielonej Góry, gdzie zatrzymaliśmy się u Mirka. Wyruszyliśmy z Wrocławia razem z Krzyśkiem, znanym pod ksywką „Zapalnik”. Następnego dnia ruszyliśmy przez Niemcy w kierunku Danii – oczywiście w deszczu, bo rok 2025 był wyjątkowo mokry. Plan zakładał nocleg w hotelu, jednak moi młodsi towarzysze, pełni energii, nie byli skłonni szukać miejsca do spania. W efekcie wieczorem, po dotarciu do jednej z miejscowości, nie znaleźliśmy żadnego noclegu. Dla nich nie stanowiło to problemu – rozłożyliśmy prowizoryczny obóz przy torowisku, naprzeciwko meczetu.

Nie byłem z tego rozwiązania zadowolony, sądziłem wręcz, że to żart. Okazało się jednak, że rozłożyli karimaty i pościel, po czym spokojnie zasnęli. Ja również się położyłem, ale w pełnym rynsztunku, czując się jak zając na miedzy. Przeleżałem cztery godziny, może chwilami przysypiając, lecz co chwilę budził mnie przejeżdżający pociąg, niemiecki sokista czy inne odgłosy. Oni spali spokojnie, a ja – nieprzyzwyczajony do takich warunków – śmiałem się później, że pierwszy raz w życiu spałem po trzeźwemu pod gołym niebem. O piątej rano obudziłem chłopaków, spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy dalej.

Popołudniem dotarliśmy do Danii, na Super Rally. Jak zwykle panował tam pełen luz – wyścigi na ćwierć mili, konkurencje, przejażdżki. Spotkaliśmy klubowych kolegów i spędziliśmy z nimi miło czas.

W drodze powrotnej nie zdecydowałem się jechać z chłopakami przez Niemcy. Chciałem zobaczyć coś innego, więc wraz z Pawłem, Darkiem i jego partnerką Dorotą ruszyliśmy w stronę Polski, ale przez Danię. Odwiedziliśmy siostrę Pawła, a następnie szybkim promem przedostaliśmy się dalej. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do portu, gdzie załadowaliśmy motocykle na prom. Nocą zeszliśmy na pokład, a pożegnania nie miały końca – o szóstej rano, gdy trzeba było zjeżdżać, atmosfera była nieco ciężka, ale udało się.

Na Orlenie spędziliśmy jeszcze dwie godziny, racząc się jedzeniem i napojami. Do domu pozostało 550 kilometrów, więc ruszyliśmy w drogę. Po drodze odwiedziłem kilku znajomych – Arkadiusza i Anię, a później Piotra Korbanka, którego dawno nie widziałem. Dopiero późnym wieczorem dotarłem do domu.

Okazało się, że od środy do niedzieli udało mi się przejechać na UL-u z 1947 roku 2030 kilometrów – bez żadnej awarii. Tak zakończyła się tegoroczna wyprawa do Danii.

Dodam jeszcze, że podczas zawodów na 200 metrów startowały specjalnie przygotowane Indiany. Jednym z nielicznych, którzy wystartowali na zwykłym motocyklu, byłem ja – na UL-u z sakwami, zupełnie nieprzystosowanym do wyścigu. Mimo to osiągnąłem czas 11 sekund, gdy najlepsze Indiany miały 9.